już nie boję się ciemności. pamiętam, jeszcze jakiś czas temu, żeby przejść z jednego pokoju do drugiego, wszędzie musiałam włączać światła i robić to w ekspresowym tempie. a jak w środku nocy mój organizm komunikował mi, że o to już jest wyspany i oczy same się otwierały, ja usilnie je zamykałam i wtulałam się do ściany, aby nie zbliżać się do brzegu łóżka.

kiedy zapadała ciemność, paraliżował mnie strach, nie do końca wiem, czym spowodowany.

aktualnie noc traktuję tak jak dzień. również jest piękna. a gdy zdarzy mi się, że o 3:00 oczy się otwierają i nijak zamknąć się nie chcą, wiem że mogę ten czas jakoś wykorzystać. mogę, na przykład, pogadać sobie z Ojcem, albo wsłuchiwać się w dźwięki nocy. czasem też planuję sobie dzień lub myślę, co smacznego zjeść na śniadanie.

samotność również nie jest mi już straszna.

kiedyś jej bardzo nie lubiłam. gdy zostawałam sama, usilnie szukałam jakiegoś zajęcia. bałam się samotności.

oczywiście, że samotność na dłuższą metę, nie jest czymś przyjemnym. ale nie jest już czymś, co mi doskwiera.

czasami lubię być sama. w samotności posłuchać muzyki, zająć się swoimi pasjami, czy pójść na spacer, nie ograniczając się czasem i przebytymi kilometrami.

we wszystkim można znaleźć swoje miejsce. na pewno potrzeba na to czasu i chęci. …i w odpowiednim miejscu usiąść… bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

/”Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać?”