dużo myśli a za mało słów.

dużo czasu a za mało pracy.

dużo możliwości a za mało chęci.

dużo samotności a za mało towarzystwa.

dużo pragnień a za mało spełnienia.

dużo planów a za mało działania.

dużo ludzi a za mało zrozumienia.

dużo ciszy a za mało spokoju.

dużo nałogów a za mało wolności.

dużo nadziei a za mało wiary.

dużo zachodów słońca a za mało wschodów.

dużo pobudek a za mało snu.

dużo przeszłości a za mało „teraz”.

dużo mnie a za mało Ciebie, Boże.

lubię

lubię dobrą herbatę. odkrywać i smakować wciąż jej nowe smaki. ale mam zbyt mało chęci by ją sobie robić zawsze gdy mam na nią ochotę.

lubię podróżować. poznawać nowe miejsca, podziwiać widoki, rozkoszować się pięknem tego świata. ale nie zawsze mam czas żeby wyjechać. żeby naładować swoje bateryjki wtedy kiedy tego potrzebuję.

lubię wszelkie prace manualne. od bazgrołów ołówkiem po szycie skrzatów. ale nie zawsze mam pomysł na stworzenie czegoś nowego i zbyt mało wiary we własne możliwóści.

lubię wyglądać ładnie, kobieco. podobać się sobie i M. ale nie lubię przyciągać innych uwagi, czuć czyichś spojrzeń na sobie.

lubię poznawać nowe osoby, zagłębiać się w tajniki psychiki ludzkiej, rozmawiać na życiowe tematy. ale jestem za bardzo nieśmiała. z trudem przychodzi mi rozpoczynanie rozmowy, choć często bardzo bym chciała.

mówienie o sobie i dzielenie się z innymi swoimi myślami również sprawia mi problem.

więc to publikuję. 

/impossible doesn’t exist

deszcz

kocham deszcz.

jego zbawienne właściwości na rośliny i ziemię.

i oczyszczający wpływ dla ludzi.

dzięki niemu rośliny zielenią się jeszcze bardziej i kwitną coraz piękniej.

a ludzie stają się spokojniejsi, oddychając zdrowym, rześkim powietrzem.

letni deszcz jest jak płacz.

żyjesz, funkcjonujesz, czasem się uśmiechasz, wypełniasz codzienne obowiązki, starasz się rozwijać pasje, marzysz, kochasz.

po pewnym czasie robi się tak duszno, że po prostu musisz wybuchnąć.

musisz dać upust wszystkim nazbieranym łzom, żeby się nie udusić.

i móc dalej żyć, uśmiechać się, marzyć, kochać.

a później wziąć bliską osobę za rękę i pójść na spacer.

rozkoszując się zapachem po deszczu,

podziwiając piękny zachód słońca

i ciesząc się wspólną chwilą bycia razem.

tu i teraz.

krótko

 

budzi mnie okropny ból głowy, spowodowany zapewne wczorajszymi emocjami. otwieram oczy i tradycyjnie sięgam po telefon. aplikacja mi mówi: do ślubu pozostało 70 dni. bez niej przecież zapomniałabym o swoim najważniejszym dniu w życiu? dobre sobie! to właśnie jedna z tych aplikacji, którą instalujesz, nie jest Ci potrzebna, ale i tak jej nie usuwasz. człowiek to jednak skomplikowane stworzenie.

a co do człowieka…

wczorajszy dzień i ja to jakaś istna porażka. połączenie, które w moim mniemaniu, nie powinno się wydarzyć. czasami są dni, kiedy nawet wstawanie z łóżka Ci nie wychodzi.

w ostatnim czasie, dużo się dzieje. w mojej głowie, rzecz jasna. choć w życiu też nie mało, ale z boku patrząc, nie są to raczej sytuacje, które powodowałyby mój stan. z boku patrząc.

wiem, że muszę walczyć. muszę być dzielna. doskonale pamiętam, jak to było żyć z potworem. w kółko powtarzam: nie dam się temu dziadostwu, nie dam się temu dziadostwu…

nie teraz, kiedy wszystko idzie w dobrym kierunku. kiedy układamy naszą wspólną przyszłość. kiedy wyruszamy w najpiękniejszą podróż życia…

staram się czymś zająć. kiedyś to zawsze pomagało. pomagała też rozmowa. ale aktualnie słowa układają się zbyt haotycznie, żeby porozmawiać z kimś mądrym. plączę się po domu. zerkam w lustro. nie daję rady. ze łzami w oczach błagam o pomoc: Jezu, ratuj! mam wrażenie, że tylko On mnie rozumie. bo jak wytłumaczyć komuś, co się dzieje, kiedy ja sama nie wiem?…

próbuję przygotować coś do jedzenia. chyba właśnie jest pora posiłku – wnioskuję, zerkając na zegar. siedzę nad talerzem, marudząc przy jedzeniu.

do domu wraca M. i kiedy po paru chwilach podchodzę do Niego i próbuję coś wydukać na powitanie, głos mi się załamuje. wtulam się w Niego, powtarzając cicho: przytul mnie… przytul… a z oczu płyną potoki łez, o których ilościach nie miałam pojęcia.

lekko zdezorientowany M., obejmuje mnie i z uśmiechem na ustach pyta: co tam w tej główce się dzieje? a ja, mimo aktualnej huśtawki emocjonalnej, wiem, że jestem cholernie szczęśliwa. że bez Niego nie dałabym rady. Jego objęcia, jak klej, sklejają mnie z porozrzucanych kawałeczków w całość. spotkanie Go, jest czymś najpiękniejszym, co mnie w życiu spotkało.

kocham Go.

Powrót do góry

INFORMACJA

Zmień ten wpis i tytuł w panelu administracyjnym w opcji skórki.